Powszednie

Wywiad w kwartalniku PROWINCJA

Szanowni Państwo, Moi Drodzy,
serdecznie zapraszam do lektury wywiadu, który ukazał się w najnowszym numerze społeczno-kulturalnego kwartalnika Dolnego Powiśla i Żuław “Prowincja”.

ZAFASCYNOWANY ROMANTYCZNYM BRZMIENIEM

Rozmowa z Piotrem Michną, organistą

Wacław Bielecki: Głównym powodem naszej rozmowy jest ukazanie  się nagranej przez pana  płyty z muzyką organową. Zanim jednak o tym porozmawiamy, chciałbym zapytać, jaka była pana droga do muzyki i do organów?

Piotr Michna: Wszystko zaczęło się w rodzinnym Kwidzynie. Kiedy w mojej podstawówce zlikwidowano SKS, gdzie trenowałem siatkówkę, szukając sobie jakiegoś nowego zajęcia, zostałem ministrantem w kwidzyńskiej katedrze. Mocno się tę służbę zaangażowałem, bywało, że spędzałem w kościele całe dnie. Zafascynowany tą tajemniczą przestrzenią, szczególnie gdy stawała się cicha i pusta, nie mogłem pozostać obojętny na magiczne dźwięki organów. Niezwykle silnym bodźcem był także koncert organowy, którego pewnej jesieni wysłuchałem w katedrze.

Pamięta pan może, co to był za koncert?

Jego wykonawcą był profesor Roman Perucki, mój późniejszy nauczyciel. Zagrał on wtedy m.in. Preludium i fugę a-moll Bacha, VI Sonatę d-moll Mendelsshona.

Czy w pana rodzinie byli jacyś muzycy?

Nie, w mojej rodzinie żadnych tradycji muzycznych nie było. Przed pewnymi wakacjami za dobre wyniki w nauce dostałem od rodziców  gitarę, bo wcześniej przebąkiwałem, że może nauczyłbym się grać na tym instrumencie. Jednak niedługo potem zachwyciłem się  organami i gitara poszła w kąt. Rodzice początkowo z dystansem patrzyli na te moje kaprysy, ale kiedy okazało się, że mój wybór jest czymś więcej niż tylko jednodniową fantazją podrostka, bardzo mi pomagali.

Jak wyglądały początki pana edukacji muzycznej?

Od samego początku mego zainteresowania się muzyką bardzo chciałem grać na organach. Jednak zyskanie możliwości nauki gry na tym instrumencie okazało się dość trudne. W okolicy nie było zawodowego organisty i mało kto mógł prawdziwie zrozumieć moją organową pasję. Naukę zacząłem od lekcji prywatnych. Potem była kwidzyńska szkoła muzyczna. Żeby uczyć się gry na fortepianie, który stanowi dla organisty podstawę, miałem podobno zbyt wiele lat. Tak więc próbując otworzyć sobie drogę do organów, kształciłem się w klasie akordeonu. Po dwóch latach nauki, nie ukończywszy szkoły kwidzyńskiej,  zdałem egzamin z fortepianu do szkoły muzycznej II stopnia w Gdańsku-Wrzeszczu, gdzie wreszcie mogłem rozpocząć naukę w zakresie gry na organach. Pierwsze dwa lata tej edukacji były bardzo trudnym okresem. Wówczas mieszkałem jeszcze w Kwidzynie i dwa razy w tygodniu dojeżdżałem do Gdańska. Musiałem jakoś pogodzić naukę w liceum ogólnokształcącym z dojazdami do szkoły muzycznej i długimi godzinami spędzanymi przy instrumencie. Gdy wracałem z ogólniaka do godziny dwudziestej drugiej ćwiczyłem na pianinie (ku „wielkiej radości” moich sąsiadów, jak pamiętam), następnie zaś zabierałem się za przedmioty licealne, nad którymi siedziałem do trzeciej, czwartej nad ranem. A wstawałem zwykle o szóstej. Oczywiście wiele czasu ćwiczyłem również na organach w kwidzyńskiej katedrze. Po maturze wyjechałem do Gdańska i zostałem organistą w jednym z tamtejszych kościołów. Potem przyszedł czas upragnionych studiów.

Jak wspomina pan ten czas?

To był okres niezwykle intensywny, odkrywczy, twórczy. Wreszcie mogłem uczyć się tego, na czym najbardziej mi zależało. Spotykałem wielu znakomitych organistów, słuchałem świetnych koncertów, zdobywałem cenną wiedzę dotyczącą wykonawstwa i organów, szczególny nacisk kładąc na interpretację o charakterze historycznym. Oczywiście wiele godzin ćwiczyłem na fortepianie i organach, tym razem już bez zbędnych rozproszeń. Po prostu starałem się rzetelnie budować bazę dla mych późniejszych niezależnych działań. W tym samym czasie rozwijałem również pozamuzyczne pasje, do jakich należą: literatura, historia sztuki, filozofia.

Czyli można powiedzieć, że odbywał pan studia w pełnym tego słowa znaczeniu?

Spróbujmy zaryzykować takie stwierdzenie. Tyle że wiele z tych rzeczy zgłębiałem we własnym zakresie.

Czy pamięta pan swój recital dyplomowy?

To były dwa godzinne koncerty. Na pierwszym grałem muzykę epoki baroku, m.in. moje ulubione Preludium i fugę Es-dur z trzeciej części Klavierübung J.S. Bacha. W programie drugiego recitalu znalazły się kompozycje twórców romantyzmu: Mendelssohna,  Francka,  Regera.

Jak potoczyło się pana życie po studiach?

Po studiach z jakichś niepojętych dla mnie przyczyn wpadłem w wir społecznych zaangażowań. Pewnie niektórzy słyszeli o organizowanych przeze mnie Powiślańskich Wieczorach Organowo-Kameralnych w kwidzyńskiej katedrze, planach rekonstrukcji tamtejszych organów. Tego rodzaju działalność dawała mi wprawdzie sporo satysfakcji, szczególnie wtedy, gdy widziałem, że przynosiła komuś pożytek, jednak robiąc te rzeczy, jednocześnie miałem wrażenie, że nie do końca jestem na swoim miejscu. Czułem się skrępowany społeczno-samorządowymi uwarunkowaniami, pracą organizacyjną zabierającą mnóstwo czasu, a nie mającą zbyt wiele wspólnego ze sztuką. Ostatecznie moje dylematy rozwiązały się same, kiedy prowadzone przeze mnie stowarzyszenie nie otrzymało dotacji na kolejny festiwal. Dziś mogę swobodnie zajmować się tym, co zawsze było dla mnie najważniejsze: muzyką i literaturą, nieustannym doskonaleniem się w tych dziedzinach. Moim stałym zawodowym zobowiązaniem jest praca organisty w bazylice św. Mikołaja w Gdańsku.

Teraz może porozmawiamy o pańskiej nowej płycie. Jest to publikacja specyficzna, poświęcona wyłącznie jednemu kompozytorowi, niezbyt znanemu w Polsce przedstawicielowi niemieckiego romantyzmu – Josefowi Gabrielowi Rheinbergerowi.

Powiem szczerze, że ogromnie cieszy mnie ukazanie się tej płyty. Jest to pierwsza część dużego projektu, w ramach którego zamierzam zarejestrować wszystkie kompozycje organowe tego twórcy. Takich monograficznych publikacji na gruncie polskiej fonografii organowej właściwie nie spotyka się. Płyta została wydana w formie albumowej i zawiera dwujęzyczną, przeszło 60-stronicową książeczkę. Znajduje się w niej esej odkrywający wiele ciekawostek dotyczących kompozytora, zarejestrowanych utworów oraz kwestii interpretacyjnych, szczegółowe kalendarium życia i twórczości Rheinbergera, pieczołowicie zanotowana registracja i historia pocysterskiego opactwa w Gościkowie-Paradyżu, gdzie dokonano nagrania. Ponadto znaleźć tam można reprodukcje rękopisów kompozytora, obrazów z nim związanych, historycznych zdjęć, jak również fotografie ukazujące piękno paradyskiej świątyni, będącej jednym z najcenniejszych polskich zabytków. W dodatku wspomniana płyta stanowi pierwszą fonograficzną prezentację znakomitych organów firmy Sauer-Walcker, których brzmieniowa stylistyka pozwala na niezwykle barwne i zgodne z duchem epoki wykonywanie muzyki romantycznej.

Skąd u pana zainteresowanie muzyką Rheinbergera?

Moja fascynacja muzyką organową zaczęła się od Bachowskiej polifonii. W zgodnej różnorodności, nieustannym dialogowaniu tylu niezależnych linii odnajdywałem jeśli nie zrozumienie, to przynajmniej wytchnienie w zmaganiach z zawiłymi sprzecznościami istnienia. Dzieła organowe Rheinbergera to również kunsztowny kontrapunkt, bardzo mocno zakorzeniony w technikach lipskiego kantora, ale też wzbogacony o zdobycze romantycznej harmoniki, orkiestralną głębię romantycznych organów, nierzadko adoptowany na grunt allegra sonatowego. Ponadto zafascynowała mnie osobowość kompozytora, cechująca się przenikliwą powagą, skupieniem, głęboką religijnością, upodobaniem do wiejskich uroków, znacznie bardziej ceniąca samotność i ciszę niż zgiełk artystycznych salonów. To ukierunkowanie ku w n ę t r z u, tak mocno odczuwalne podczas obcowania z dziełem Rheinbergera, jest mi niezwykle bliskie.

W jakim czasie chce pan zrealizować to nagranie kompletu dzieł organowych Rheinbergera?

Ryszard Skowroński w swym wierszu Poeci napisał: „Idą zawsze krokiem, którego rytm, / trudny do określenia, / daleki bywa zarówno od pośpiechu, / jak i od opieszałości”. Myślę, że słowa te można odnieść do każdej ze sztuk. W moim odczuciu wyznaczanie ram czasowych nie sprzyja artystycznej pracy. Zresztą nie wyobrażam sobie bez przerwy nagrywać Rheinbergera. Chcę zarejestrować także wszystkie dzieła organowe Brahmsa, Mendelssohna. W podobny sposób myślę również o Bachu. Wszystko to będzie się pewnie jakoś przeplatać. Ale oczywiście bez żadnych terminów. Obecnie przygotowuję się do nagrania drugiej płyty z kompozycjami organowymi Rheinbergera. Ponadto mam w planie napisanie biografii tego kompozytora.

Obie pana płyty powstały na ziemi lubuskiej: pierwsza w Lubsku, druga w Gościkowie-Paradyżu. Dlaczego nagrywa pan w tak odległych stronach?

Przede wszystkim dlatego, że tam odnajduję instrumenty właściwe tej muzyce, którą obecnie się zajmuję. Na Pomorzu, niestety, brakuje dużych, kompletnie zachowanych i jednocześnie sprawnych koncertowo organów romantycznych. Poza tym dlatego, że uwielbiam podróżować. Poznawanie nowych miejsc, instrumentów jest bardzo inspirujące artystycznie.

Kiedy i gdzie zacznie pan promocję pierwszej części  Dzieł organowych Rheinbergera?

Pierwszy promocyjny koncert odbył się pod koniec czerwca w bazylice św. Mikołaja w Gdańsku, następny w kościele gdańskich zmartwychwstańców, potem zagrałem w katedrze w Olsztynie. Jesienią planuję koncerty na Powiślu, także w Warszawie, Łańcucie. Poza tym płyta jest dostępna na stronie internetowej Wydawnictwa Ars Sonora.

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w realizacji kolejnych planów.